| < Grudzień 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 31  
O autorze
Zakładki:
Tagi
wtorek, 29 listopada 2016

Jestem motoryzacyjnym fetyszystą, jakby tego mało często podobają mi się pojazdy, które nie wzbudzają raczej ogólnej aprobaty. Od jakiegoś czasu zauważyłem u siebie kolejne - dziwne - zamiłowanie. Są to koła, a dokładniej felgi... złote felgi. Oczywiście nie wszystkie i nie wszędzie. Najbardziej na moją wyobraźnie działają obręcze zamontowane w starych motocyklach sportowych. Swoją drogą to też dziwne, że lubię stare wyścigówki gdyż na tle współczesnych odpowiedników są one ciężkie, wolne i cholernie niewygodne. Cóż to jednak znaczy przy ich zajebistości? Niestety oryginalne sportowe jednoślady z "tamtych" lat, albo są pilnie strzeżonymi perełkami kolekcji majętnych kolekcjonerów, albo zostały zajeżdżone podczas zawodów. Jest jednak pewien sposób na to żeby poczuć dawną "stylówę", a przy tym mieć motocykl, który całkiem sprawnie jeździ i nie zabija ceną. 

Luciano Betti to gość, który od zawsze był zafascynowany wyścigami, za najlepszy okres dla tej dyscypliny sportu uważa on lata 70-te, a jednym z jego idoli jest Barry Sheene. Gdy więc postanowił zbudować oldskulowego ściganta wybór mógł być tylko jeden. Mianowice Barry stworzył wizualną replikę Suzuki RG500 z 1975 roku.

 

Zazwyczaj budowę takiej maszyny rozpoczyna się od bazy. Wybór ten wbrew pozorom nie jest zbyt oczywisty gdy chcemy mieć finalnie taki motocykl. Barry postawił na GSX-R 750 z 2011 roku. Podstarzały ścigacz dziś już na fanach gatunku nie robi wrażenia. Jego stylistyka również nikogo nie rozpala. "Gix" nie jest już nowoczesny, nie jest również na tyle klasyczny żeby być fajnym. Kolejnym plusem jest cena, która jak za to co oferuje maszyna jest wręcz śmieszna. 

Sprzęt rozebrano do gołej ramy. Wolne dostały owiewki, zadupek, zbiornik paliwa, i układ wydechowy. Następnie przystąpiono do prac nad nowym wizerunkiem. Bak wykonano z aluminium, ciekawie prezentuje się wlew paliwa. Wymodelowanie zadupka nie było prostym zadaniem, ale moim zdaniem wyszło świetnie. 

Całość uwieńczono bulwiastą owiewką, tak typową dla lat 70-tych, że wielu nie wierzy iż maszyna ma wpisane w dowodzie rok 2011. Zdradza ją jednak zawieszenie i aluminiowa rama, która nieśmiało wyłania się z pod "plastików". Na koniec przyszedł czas na felgi - złote felgi, czyli element który sprawia, że gdy widzę ten sprzęt mam ochotę otworzyć szeroko bramę garażu i spędzić z nim noc... tak wiem, dziwny jestem. 

Ciekawie prezentuje się układ wydechowy, mamy tu cienki tłumik w okolicy wahacza i drugi pod zadupkiem. Taki układ typowy jest dla maszyn dwusuwowych. Przez chwilę nawet miałem zagwozdkę czy aby w tym podwoziu nie drzemie taki silnik - okazało się, że nie. 145 KM jakie generuje "czwórka" o pojemności trzech czwartych litra to wartość, która w zupełności wystarcza. Układ jezdny, choć nie jest to ostatni krzyk mody, powinien zadowolić każdego malkontenta, no i te felgi... złote felgi. 

czwartek, 24 listopada 2016

Gdy w sprzedaży pojawiła się Honda CB 750 szybko stało się jasne, że motocykl ma ogromny sportowy potencjał. Seryjny sprzęt jednak średnio się do torowej rywalizacji nadawał. W 1970 roku dilerzy Hondy w USA domagali się wyścigówki na bazie cudownego japońskiego dziecka. Włodarze dali się przekonać do tego pomysłu. Sport to świetny sposób na promowanie produktu. Opracowano więc kit, który zmieniał CB 750 w CR750. Pierwszym wyścigiem, na którym stanęła Honda CR 750 był Daytona 200 w 1970 roku. Japoński motocykl prowadzili Dick Mann, Ralf Bryans i Tomy Robb. Po problemach konkurentów i kolegów z zespołu Dick  doprowadził Hondę do mety na pierwszym miejscu. 

Dla upamiętnienia tego wyczynu i osoby samego Dicka - utytułowanego zawodnika motocyklowego - firma Extreme Creations z Australii zbudowała replikę pamiętnej Hondy. Tego typu przeróbki na zabytkowych motocyklach często wzbudzają niechęć purystów. W tym przypadku jest jednak inaczej, Honda zachowuje pełną zgodność ze swym historycznym pierwowzorem. 

Zbudowano go jednak z rozbitego egzemplarza CB 750. CR różnił dość znacznie od swego pierwowzoru. Ze zmian widocznych na pierwszy rzut oka należy wspomnieć o pełnej owiewce. Wyścigi długodystansowe wymagały większego zbiornika paliwa. Ten zastosowany w CR jest węższy, ale sporo dłuższy od seryjnego. 

Z wąskiej talii - jak widać - wyłamuje się tylko szeroka jednostka napędowa. Ta również odbiegała od tej dostępnej w salonach. Wał korbowy mocno odchudzono, dzięki temu sprzęt lepiej wkręcał się na obroty. Zainstalowano wytrzymalsze tłoki, krzywki zaworowe i wałki rozrządu były dużo "ostrzejsze" sprzyjało to wysokiej mocy maksymalnej, ale ograniczało ją na niskich i średnich obrotach. Zmian nie ustrzegły się gaźniki. Wyścigowy układ wydechowy generował 105 dB. 

Ramę w tylnej części mocno przycięto, minimalistyczny zadupek z garbem miał przeciwdziałać zsuwaniu się jeźdźca podczas jazdy z dużą prędkością. Patrząc jednak na zbiornik paliwa i kierownicę trudno oczekiwać by prowadzący tego potwora odczuwał jakąkolwiek wygodę. 

CR 750 przez lata stał w cieniu swej siostry CB. Wyścigówki gdy się zestarzeją po prostu znikają i zostają bez sentymentów zastępowane przez nowsze modele. Dziś jednak mamy boom na lata 70-te i sprzęty z tamtego okresu. Dawne maszyny sportowe jeśli przetrwały stają się perełkami, które wszyscy podziwiają. Replika nigdy nie będzie miała tego realizmu, którym charakteryzuje się oryginał. Trudno jednak nie zachwycać się tą bryłą, nawet jeśli nigdy nie poczuła torowej rywalizacji. 

środa, 23 listopada 2016

Bobber narodził się tuż po wojnie, to wiedza ogólnie znana. Nie każdy jednak zdaje sobie sprawę, że tego typu maszyny wciąż ewoluowały. Już w latach 70-tych następowały zmiany, które były tożsame z tymi jakie wprowadzała fabryka w Milwaukee. Bobber Garage, ekipa z Liechtensteinu, postanowiła zrobić wydumkę według prawideł jakie panowały w tamtym czasie. 

Jest to oczywiście konstrukcja współczesna. Elementem, który nie do końca pasuje do koncepcji jest rama. Softail debiutował w latach 80-tych, jednak już 10 lat wcześniej inżynier Bill Davis rozpoczynał pracę nad tym elementem. W początkowej fazie, był to pomysł całkowicie niezależny od fabryki. Wybór tego typu "kręgosłupa" to jednak rozsądny krok. Softail na pewno ma dużo lepsze właściwości trakcyjne niż hardtail (sztywny tył), a wygląda tak samo dobrze. 

Bobber miał być do bólu klasyczny. Twórcy nie pozwalali więc sobie na żadne ekstrawagancje. Przednie zawieszenie to widelec teleskopowy. Nie ma tu jednak szerokich półek rodem z cruiserów, w zamian mamy delikatne i lekkie w formie - przypominające te stosowane w chopperach.  

Wszelkie wątpliwości rozwiewa mięsiste koło, przy którym dumnie pręży się tarcza z "potężnym" dwutłoczkowym zaciskiem hamulcowym. Kolejnym punktem przykuwającym uwagę jest zbiornik paliwa rodem ze Sportstera. W pierwszych bobberach, nie stosowano tego typu baków, z prostej przyczyny - Sportstera nie było jeszcze w ofercie w tamtych latach. 

Dla mnie mistrzowskim detalem jest tylny błotnik. Jest to niby prosta forma, ale tak idealnie dopasowana do koła i całej bryły maszyny, że należy się tutaj wielki ukłon dla gościa, który go wykonał. Twórcy nie bali się romansować z chromem, ale udało się uniknąć kiczu. 

Typowy bobber, który niczym się nie wyróżnia, jest wręcz "szkoleniowym" przedstawicielem swego gatunku. Dlaczego więc tak działa na zmysły fanów? Ekipa z Liechtensteinu potrafi idealnie dobrać wszystkie kluczowe części, złożyć w całość i sprawić, że nawet zwykły bobber staje się niezwykły. 

wtorek, 22 listopada 2016

Yard Built od małej, pobocznej formy promocji Yamahy stał się marką rozpoznawalną w całym środowisku customowym. Od początku trwania projektu  przewinęły się przez niego najgorętsze nazwiska z branży. Nie dziwi więc fakt, że wiele małych kuźni przerabiających motocykle, chcę zaistnieć dzięki Yard Built. Ekipa Kingston Custom działa już od jakiegoś czasu, na rynku. i podjęła się odmiany wizerunku XV950, pierwszy raz pod egidą Yamahy.

"Motocykl stworzony do przeróbek" - przynajmniej tak twierdzi producent. Fabryczna forma tej maszyny jakoś do mnie nie trafia, ale wszelkie wariacje na jej temat zazwyczaj tak. The Face (bo tak nazywa się ten sprzęt) wygląda świetnie, a niejednoznaczny styl tylko podkreśla jego charakter. 

Twórca określa swe dzieło jako cafe-bobber. Bardzo niekonwencjonalne połączenie, ale jak widać udało się w stu procentach. Motocykl stworzono na zasadzie "odkręć-przykręć". Nikt nie ciął tutaj ramy, nie przerabiał geometrii układu jezdnego.  

Wiele części wykonane jest jednostkowo przez Dirka Oehlerkinga (budowniczego). Najbardziej w oczy rzuca się minimalistyczny zadupek ze sporym garbem, który płynnie przechodzi w jednoosobowe siedzenie. Niskie clip-onsy wymuszają pochylenie jeźdźca, podnóżki są jednak w tym samym miejscu gdzie przed przeróbkami. Pozycja na tym sprzęcie jest więc bardzo specyficzna. 

Nie brak tutaj ciekawych detali. Górną półkę zdobi  świeca zapłonowa i coś na kształt minimalistycznej owiewki. Zniknęły wszelkie osłony pasa napędowego. Nowe są również zaślepki. O oldskulowy klimat dbają opony z białymi lampasami. Niespełna litrowy twin wygląda świetnie, ale i on nie ustrzegł się pewnych dyskretnych zmian. 

Twórca zgodnie ze starą szkołą  obniżania masy nawiercił niektóre osłony. Autorskim pomysłem jest przeźroczysta osłona filtra powietrza. Nowy jest końcowy tłumik. Głęboką czerń wzbogacono o elementy graficzne typowe dla Yamahy i klasycznie prezentujący się numer startowy na zadupku. 

"The Face" robi robotę, jest to maszyna kompletnie wyłamująca się z utartych szlaków, a jednocześnie nadal względnie niezbyt mocno odbiegająca od oryginału. Takie rodzynki w projekcie Yard Built pojawiają się często dlatego mam nadzieje, że Yamaha nie ma zamiaru z niego rezygnować. 

piątek, 18 listopada 2016

"Honda CB 750 zdetronizowała cały motocyklowy świat (w chwili debiutu w 1968 roku), natomiast Kawasaki Z 1000 kopnęło tą Hondę prosto w krocze" - taką sentencję przeczytałem na jednym z zagranicznych portali gdy szukałem informacji o motocyklu, który mam zamiar opisać.  Hmm ciężko się nie zgodzić z tym hasłem, postanowiłem więc je sobie pożyczyć. 

Kawa była większa, szybsza i nowocześniejsza niż jej konkurentka ze skrzydłem na baku. W tym czasie wielu określało ten sprzęt królem motocykli. Nie dziwi więc fakt, że rzesze bikerów śniły po nocach o maszynie, która nie miała sobie równych. Dziś Z 1000 to ceniony klasyk, który nadal potrafi rozpalić serca nie tylko fanów rzędowych czwórek.

 

Felice Maniero to gość, któremu Z 1000 nigdy nie był obojętny, przez lata swej młodości chciał posiadać taki sprzęt, niestety nigdy go nie kupił. Niedawno jednak do jego warsztatu zawitał facet, który zlecił mu remont tego modelu. Felice nie miał jednak zamiaru poprzestać na zwykłej odbudowie. W takim przypadku decyzja o przeróbkach jest zawsze trudna, przecież ingeruje się w bryłę bądź co bądź zabytkowego motocykla. 

Oczywiście właściciel nie podzielał entuzjazmu mechanika, ten jednak zdołał go przekonać - prace ruszyły. Felice postanowił, że w jego wydumce nie będzie żadnych współczesnych naleciałości. Z-et miał wyglądać tak jakby został przerobiony w zatęchłym garażu gdzieś w połowie lat 70-tych. Na początek trzeba się było pozbyć "tłuszczyku". Wszystkie osłony, które nie były niezbędne zniknęły, błotniki zostały skrócone. Najwięcej roboty było - jak zwykle - przy kształtowaniu "tyłeczka". Zadupek i siedzenie wykonano od podstaw, twórca zachował jednak charakterystyczny dla Kawasaki kształt tylnej części. Po zabiegach Z-et wygląda lepiej jak nasze celebrytki po obozie "kondycyjnym" u pani Ani Lewandowskiej. 

Cała elektryka została ukryta pod siedzeniem, w miejscu gdzie w seryjnej maszynie jest spory airbox. Felice zastosował stożkowe filtry powietrza. Kolor to chyba najbardziej kontrowersyjna rzecz w tym motocyklu, mnie się jednak podoba.Układ wydechowy pomalowano czarną farbą - i to był błąd, czerń w tym przypadku nie jest sexy... Sexy jest za to owiewka, którą 40 lat temu określano jako "bikini". Pewnie dlatego, że więcej odsłaniała niż zasłaniała i właściwie nie ma żadnego praktycznego zastosowania. Przed wiatrem chroni symbolicznie. 

Z 1000 Racer to dwukołowy wehikuł czasu. Skala przeróbek jak na zabytkowy motocykl jest ogromna, wszystkie one zostały jednak wykonane zgodnie z prawidłami minionej epoki. Dzięki temu ducha tamtych lat udało się uchwycić perfekcyjnie. 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 112